Jogger.pl


Jogger pozwala Ci prowadzić dziennik internetowy. Bloguj, komentuj wpisy i otrzymuj powiadomienia przez Jabbera w komunikatorze internetowym.

Dołącz do społeczności lepszych alternatyw.



Najnowsze wpisy RSS

Śmieszny wątek miałem niedawno na forum atopowym. Do dziś nie wiem, czy mój rozmówca prezentował głupotę, czy trollował. Rozmowa poszła mniej więcej tak:

dominia002: Mam podobny problem z uczuleniem na wodę od czasu przyjazdu do Irlandii! (...)

Ma uczulenie na wodę... być może, ale wątpię. Na coś tam ma uczulenie, ale po prostu nie wie na co, i przypisuje to wodzie.

automaciej: Zawsze mnie zastanawia, skąd ludzie wiedzą że to akurat „na wodę”, albo „na” cokolwiek innego. Czy rzeczywiście to przetestowaliście? (...) Rozmawiam potem z osobą twierdzącą że to „na wodę” i mówię, jak i co robiłem, i że wodę wyeliminowałem, a różnicy brak. Osoba słucha, myśli przez chwilkę, i mówi: „TO NA POWIETRZE!” ...a ja w śmiech.

Mam nadzieję że udało mi się wyłożyć, w czym rzecz. Do dominia002 dotarło, że nie ma sensu przypisywać uczulenia czemuś w niesprawdzony sposób, prawda? Prawda?

dominia002: Może w twoim przypadku to nie jest kwestia wody tylko zapewne jakiegoś innego alergenu lub niewłaściwego odżywiania.

FAIL. :-)

Kamery Grupy Inspire inspirująco zawitają do Rzeszowa, największego miasta w południowo-wschodniej Polsce , stolicy województwa podkarpackiego oraz diecezji rzeszowskiej. Pokażemy wam relację z Ogólnopolskiego Konwoju Rowerowego „Wstań i Jedź”, to motywacyjne spotkania połączone z wyprawą rowerową po Polsce.

Już 19 czerwca nasze kamery znajdą się na happeningu konwoju, który dojedzie do Rzeszowa. W czwartek 20 czerwca 2013 roku startujemy z transmisją na żywo, pokażemy Wam co tu się dzieje zobaczycie nagrania z poprzedniego dnia oraz transmisję na żywo. Wypatrujcie informacji na Twitterze i Facebooku kiedy zacznie się LIVE. Strasznie jestem dumny, że promujemy taki szczytny event :D

Więcej informacji http://wstanijedz.pl/

Portal suckerberga zablokował mnie na 12h abym przemyslał co pisze o islamistach. Także pamiętajcie że pisanie w jednym zdaniu o islamistach, kozach i pedziach jest obwarowane pauzą na 12 godzin...

Pisać-pisać-pisać. Chcę pisać. Nie mogę wpaść w pułapkę pisania do kogoś. Bo jeśli nie piszę do konkretnej osoby, piszę do wszystkich - a tak zaplączę się w DFS tłumaczeń, założeń i ogólnie nieistotnych szczegółów. Jedynym wyjściem jest pisanie do siebie. Nie ma czytelnika, jest tylko podglądający wewnętrzny monolog. To uwalnia, odcina balast, pozwala płynąć w dowolną stronę. Dużo pomysłów, mało czasu.

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Aktualnie nie koduję zawodowo [ani nawet półzawodowo], ale ostatnimi czasy namnożyło się drobiazgów, które niepotrzebnie zżerają czas, postanowiłem więc zautomatyzować niektóre rzeczy i napisać parę skryptów ułatwiających życie.

Ponieważ większość pisana jest nie dla mnie, a wewnątrzkorporacyjnie, postanowiłem napisać to w formie przyjaznej użytkownikom [zwykły wybór plików i parę komunikatów na krzyż, nic wielkiego], żeby ułatwianie życia ludziom nie odbywało się poprzez przesyłanie do mnie plików do obróbki. Wielkie, płatne pakiety nie wchodziły oczywiście w ogóle w grę. W pierwszym momencie pomyślałem odruchowo, że jakieś menu tekstowe w windzianym CLI nie będzie głupim pomysłem. Wbrew powszechnej chyba opinii nie jest on aż tak bardzo poszkodowany; żeniąc windowsową implementację curses chociażby z uchwyceniem rozmiarów okna aż mnie korci, żeby któregoś dnia usiąść i popełnić jakąś biblioteczkę do obsługi windowsowego terminala... przy dużych krojach i jasnym tle nikomu nie skojarzy się to ze średniowiecznym DOSem, a i człowiek dorobi się własnych narzędzi, mogących być podstawą do tworzenia czegoś większego.

Ale jeszcze nie teraz. Tryb tekstowy wykrzaczył się przy pierwszej próbie odpalenia go w PyCharm [świetne narzędzie po paru dniach, choć uświadamia mi własną miernotę...], ale zanim znalazłem odpowiedni przełącznik, odkryłem EasyGUI. I to był strzał w dziesiątkę. Zero olbrzymich bibliotek, inicjowania środowiska... po prawdzie też zero nieco bardziej niż trywialnej obsługi podstawowych elementów interfejsu Windows, ale tego (...)

[img]Festiwale filmowe są niczym święta religijne, pełne tajemnych rytuałów i obrzędów. Ich uczestnicy na własne życzenie odgradzają się od zewnętrznego świata i funkcjonują w rytm kolejnych pokazów, koncertów i bankietów. Dziś każde, choćby najmniejsze miasto musi mieć międzynarodowy festiwal filmowy i co najmniej kilkumetrową aleję gwiazd. Dla jednych to przejaw megalomanii i degradacji pięknej idei święta kina, dla innych – dowód odradzającej się kinofilii. Korzystajmy z niej, bo zwłaszcza wakacyjną porą możemy wybrać się w podróż po Polsce i Europie, spędzając wolny czas na wieczornych pokazach organizowanych pod gołym niebem i oglądając niedostępne na co dzień filmy. Przy okazji możemy podpatrzyć, że festiwale filmowe to nie tylko premierowe pokazy i przeglądy niszowych filmów. To także biznes, kontakty dystrybutorów z producentami, to wieczorne debaty krytyków i blichtr gwiazd, to wreszcie kolejki po bilety, walka o rezerwację miejsc i nocne koncerty zakrapiane piwem.

Najnowszy numer „EKRANów” proponuje wszystkim czytelnikom przewodnik po festiwalach, opisując ich fenomen, tajemnice, pułapki, a przede wszystkim niezaprzeczalne piękno i magię. Piotr Czerkawski pisze o festiwalach jako współczesnej ilustracji „czasu świętego”, Jerzy Płażewski – najwierniejszy uczestnik festiwalu w Cannes – opowiada o swych licznych pielgrzymkach, Marcin Adamczak opisuje natomiast festiwal jako miejsce pozyskiwania producentów i dystrybutorów. Uzupełnieniem cyklu artykułów jest recenzja tegorocznego zwycięzcy w Cannes, „Życia Adèle”, i portret jego twórcy Abdellatifa Kechiche’a.

Oprócz cyklu tekstów poświęconych festiwalom filmowym w sposób szczególny polecamy tym razem artykuły z historii kina – obszerny tekst o „Księdze Rodzaju”, niezrealizowanym filmie Roberta (...)

Sfilmuję "Protokoły mędrców Syjonu" i sprzedam rządzonej przez Platformę Obywatelską TVP GmbH [pod tytułem "Wasze matki, wasi ojcowie"]. W bonusie dodam poważną dyskusję panelową, stratny nie będę. Wszelkie prawa zastrzeżone.

I znów jak bumerang wraca "dyskusja" na temat "dziadowskiego państwa". Bo Wielce Szlachetny Przedstawiciel Narodu nie może lecieć "byle jakim" samolotem, brońcie go bogowie żeby postawił nogę w środku komunikacji publicznej, i nie może nie może nie może pokazać się garniturze, który kosztował mniej niż moja miesięczna pensja.

Przepraszam bardzo, ale ja myślałem, że mieszkamy w państwie demokratycznym, a przynajmniej w republice, a nie pod butem monarchii. W sumie jeszcze tylko tego brakowało, żeby rościli sobie prawo do noszenia korony, berła i peleryny z gronostajów.

Ale tak czy siak jak jest władza to musi być i majestat władzy. Tak się utarło, najwyraźniej. Rewolucje obaliły rody królewskie, ale nie obaliły tronów. Kiedyś cały ten blichtr był jako tako uzasadniony - taki król musiał wyglądać lepiej od wszystkich chociażby tylko dlatego, że to jedyna rzecz, która go czyniła lepszym od innych. W końcu został królem dzięki totalnemu przypadkowi urodzenia się akurat tym a nie innym rodzicom, a nie dzięki nadzwyczajnym umiejętnościom zarządzania państwem (a czasem dzięki brutalnej sile, być może popartej ponadprzeciętną przebiegłością - ale czy brutalna siła i przebiegłość są adekwatną podstawą dobrych rządów?). Ale w demokracji - rządzie obywateli - osobnik u władzy jest jednym z nas. Obywatelem. Naszym pracownikiem. Zatrudniamy go, żeby nas reprezentował, bo ktoś musi.

Gdybym mógł machnąć różdżką i dokonać jakiegoś cudu, sprawiłbym, że pozycje władzy przestałyby być pozycjami prestiżowymi. Obawiam się, że to niemożliwe, ale obawiam się też, że to jedyna rzecz, która mogłaby sprawić, że rządziliby nami ludzie kompetentni, znający się na rzeczy, a nie ci, którzy chcą się po prostu pławić w majestacie władzy.

[PieS: Dotyczy to też hierarchii w pracy, gdzie prestiż mierzony jest tym (...)

Jestem pełen podziwu dla Debiana. Za każdym razem, kiedy go instaluję, więcej rzeczy działa od razu, bez żadnego poprawiania, dokręcania, przekonfigurowywania. Pierwsze instalacje, kilka lat temu były ciężkie. Nie działało prawie nic, trzeba było godziny poświęcić na konfigurację, szukanie, doinstalowywanie. No, z pewnością, fakt, że po tych kilku latach część rzeczy załatwiam z marszu, nie myśląc o tym nawet (konfiguracja fstaba na przykład). Ale i tak jest dużo lepiej. Jeszcze w poprzedniej instalacji (listopad?), WiFi nie chciało działać za Chiny Ludowe (kolonialne też jej proponowałem); po instalacji nowego jądra (3.2.0) coś łączyło, ale dalej pojawiały się błędy. A teraz (jądro 3.2.0 już w standardzie) - śmiga bez jednej poprawki i na nic się nie skarży. Nawet karta dźwiękowa po raz pierwszy w historii sama skonfigurowała software'owe miksowanie dźwięku. Świat idzie do przodu

W istocie jedna rzecz już tylko nie chce działać, ale za to tak uporczywie, że przywodzi mnie do desperacji. Chodzi o tytułowego MPD (Music Player Daemon), który od dawna jest moim ulubionym odtwarzaczem muzyki. Niestety, mimo że cała pozostała część systemu pięknie się miksuje, MPD nie tylko nie chce korzystać z miksowania (zachłannie blokuje kartę dźwiękową tylko dla siebie, a jeśli cokolwiek innego jej używa - odmawia działania), to w dodatku nawet gdy nic innego nie gra, zaczyna działać dopiero za którymś kolejnym poleceniem. W mpd.conf próbowałem już chyba wszystkich konfiguracji, jakie znalazłem w sieci. Próbowałem go puszczać i przez ALSA i przez PulseAudio, ale tak czy owak nie chce współpracować. Może ktokolwiek ma jakiś pomysł? Będę wielce zobowiązany.

[img]W dniach 24-30 czerwca w warszawskim kinie Iluzjon odbędzie się restrospektywa filmów z udziałem Krystyny Jandy, którą oficjalnie rozpocznie spotkanie z aktorką po pokazie filmu "Tatarak" 24 czerwca.

Retrospektywa filmów z udziałem słynnej aktorki zainicjuje serię przeglądów pod wspólnym tytułem "Poza kadrem", które łączy nietypowa idea - wyboru pokazywanych filmów będą każdorazowo dokonywali ich bohaterowie.

Celem nowej formuły cyklu jest "zainicjowanie sytuacji, dzięki której będzie można poznać gości przeglądów od innej strony, namówić ich do wspomnień, opowiedzenia niejednokrotnie zapomnianych (lub przemilczanych) historii z planów filmowych, zdradzenia sekretów pracy przy konkretnych produkcjach, przywołania początków kariery, przypomnienia debiutanckich ról, a może nawet zapomnianych skandali, a tym samym – odkryć ciekawe momenty z historii polskiego kina".

Szczegółowe informacje: www.iluzjon.fn.org.

Patrzę sobie na tych naszych politykierów to mi się wszystkiego odechciewa. Każdy z a\każdym się kłóci, nie widać żadnej alternatywy. Wiadomo przecież, że każdy kto się teraz dorwie do koryta to i tak nic nie zmieni. Bo przecież z pustego dzbana nic się nie naleje, a żadna partia nic nie mówi o sposobie napełnienia tego dzbana, który nie dość, że jest pusty, to i dziurawy jak sito. Przydałby się nam rząd fachowców, taki rząd który by naród mógł rozliczyć. Ale mądrzy ludzie unikają polityki. Wg mnie powinna powstać partia alternatywna do tego wszystkiego co istnieje na dzisiejszej scenie politycznej. Partia, której członkami byliby ludzie ze społeczeństwa. Ludzie, którzy umieliby się zachować jak należy a nie tylko potrafiliby się obrażać i dzielić naród. Partia, która by połączyła ludzi, bo w społeczeństwie tkwi siła. Tylko my potrafimy przeciwstawić się złu i ignorancji rządzących. I to wszystkich. Na co nam heppeningi które tylko śmieszą i intrygują, ale czy cokolwiek zmieniają? Chyba tylko to, że wzmacniają wizerunek danego polityka. A o to nie chodzi przecież. A cokolwiek się mówi to co się słyszy? DLA DOBRA POLSKI. A Polska siedzi cicho i milczy i patrzy zdziwiona o co tu komu chodzi? Bo i tak nic się nie zmienia. Po co słowa... Powinna powstać partia ludzi... Co Wy na to?

[img]

Dawno już tu nie było czepiania się błędów językowych, więc dzisiaj się czepię - formalnie może niezupełnie błędu, ale na pewno drażniącego i ze wszech miar niesłusznego, a z roku na rok coraz bardziej popularnego zachowania, jakim jest pisanie słowiańskich nazwisk z użyciem angielskiej transkrypcji.

Fakt, że tej transkrypcji używamy powszechnie, niezależnie od języka - ale w przypadku arabskiego czy chińskiego nie robi to większej różnicy, bo to języki na tyle odległe od naszego, że i tak nie ma mowy o zachowaniu ich oryginalnego brzmienia. Ani "Mao Ce-Tung", ani "Mao Zedong" nie przeczytamy zgodnie z prawdziwą chińską wymową, więc to w sumie tylko kwestia umowy, którą wersję wolimy. W przypadku rosyjskiego, ukraińskiego czy bułgarskiego sytuacja jest diametralnie inna: ze względu na bliskie pokrewieństwo z polskim, ich brzmienie można oddać w naszym języku bez porównania lepiej, niż w dalekim angielskim - używanie go w charakterze pośrednika ma więc tyle samo sensu, co podróż z Warszawy do Kijowa przez Londyn.

Jednak z jakiegoś powodu (zapatrzenie w Amerykę? przekonanie, że angielski jest bardziej cool i trendy?) ten bezsens krok po kroku zyskuje na popularności - czego najbardziej widocznym przykładem książki z cyklu "Metro 2033", sygnowane nazwiskiem "Dmitry Glukhovsky", co po naszemu pisze się po prostu Dmitrij Głuchowski. Żeby było śmieszniej, wydawnictwo nie dba o konsekwencję w tej kwestii, mieszając różne transkrypcje nawet na jednej okładce, choć akurat "Andrey Diakov" wyglądałby zdecydowanie mniej żałośnie niż ten Gluk-cośtam.

Biorąc pod uwagę wszechobecną ekspancję angielszczyzny, jak i postępy analfabetyzmu w necie, w przyszłości będzie pewnie tylko gorzej. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej "Zbrodni (...)

Wprowadźmy nowe prawo do wszelakich dyskusji publicznych: Argumenty oparte jedynie na wierze, wynikające bezpośrednio z doktryny religijnej, czy zwyczajów kultowych, powinny być od razu uznawane za nieistotne.

Uzasadnienie

W przypadku publicznych debat, zwłaszcza dotyczących całych społeczeństw, część dyskutantów NIE będzie pochodziła z kręgu współwyznawców człowieka na mównicy. Jak łatwo się domyśleć, dla ateistów, czy wiernych innej religii takie argumenty są zwykle słabe. Wątpię by przekonały one takie osoby. Oszczędźmy więc sobie od razu nieco czasu.

Dalsze zalety

To też doskonały test na sensowność podejmowania pewnych tematów. Jeśli nie ma dla nich argumentów innych niż oparte na bardzo specyficznym światopoglądzie, to być nie może nie powinno się ich w ogóle podnosić?

Przykład

Wyobraźcie sobie, jak uprościło by to niedawny spór (on ciągle trwa, co nie?) o zakaz handlu w niedzielę. Według zaprezentowanej przeze mnie zasady, skończył by się jeszcze tego samego dnia, w którym ponownie się rozpoczął.

Od roku planowaliśmy wybrać się do zoo w Ostrawie. Niestety z wielu powodów nie udawało nam się to. A to pogoda byłą nieprzewidywalna, a to dzieci nie było w komplecie, a to coś tam i cokolwiek innego. W końcu wczoraj wieczorem, po obejrzeniu prognozy pogody zapadła decyzja: jedziemy! Załatwiliśmy sobie jeszcze obiecane przez dziadka auto na wycieczkę i dziś rano Jajcuś poleciał kupować korony, bo na wejście do zoo była potrzebna gotówka w walucie autochtonów ;-)

Na wieść o tym, że nie będziemy jechać ukochanym Gosiaczkiem Młody rozegrał tragedię w trzech aktach %-) Trzeba było racjonalnie dziecku wytłumaczyć (a przy okazji też wytłumaczyć to sobie) że tamto autko jest nowsze, lepsze, pewniejsze i ma pozwolenie na jazdę za granicę. Nie żeby to był problem kupić podobne Gosiaczkowi, ale argument niezły ;-) Dziś rano w każdym razie Krzyś już bez protestów wsiadł do Freda (jak nazwałam sobie samochód, żeby go bardziej oswoić). Oczywiście na początku musiałam powalczyć ze stresem spowodowanym jazdą nie swoim autem, innym niż to co zwykle, takim z bajerami, zrywniejszym i szybszym. Na szczęście już kiedyś nim jechałam głęboką nocą i udało mi się tym razem nie zaliczyć żadnego krawężnika, bo o ile w Gosiaczku kierownica chodzi lekko to tu chyba można nią nosem kręcić (nie próbowałam ;-) )

Po jakimś czasie przestałam się stresować i okazało się, ze chwilowo trzeba zjechać a autostrady, bo jedna firma most spierniczyła i jest kiszka. Jazda tym samochodem z prędkością 40km/h po wiochach okazała się po prędkościach autostradowych mordęgą. Po powrocie na A1 było już spoko do samej Ostrawy.

Zaparkowaliśmy pod zoo i poszliśmy do środka. Pierwszym zwierzakiem zaraz za drzwiami był ku wielkiej radości Krzysia osiołek, a nawet kilka osiołków %-)

Ingress

ktosiu 3 dni temu

Od jakiegoś czasu gdy poruszam się po mieście w towarzystwie mt3o mogłam mieć pewność, że znajdziemy się w miejscu gdzie są portale, rezonatory i inne dziwne rzeczy. No ale co ja będę Mu zabraniała? Chce się bawić? Proszę bardzo! Dzielnie broniłam się przed tym aby wysłał mi zaproszenie. On miał zabawę, ja miałam Jego. Wszyscy zadowoleni :) Aż do dziś... Bowiem dziś dostałam dość nieoczekiwanego maila... You've Been Invited to Play Ingress Tak więc chyba się zacznie wspólne łażenie po mieście w celu znajdywania portali i innych...

[img]

3 komentarze


Przeglądaj strony: