Jogger.pl


Jogger pozwala Ci prowadzić dziennik internetowy. Bloguj, komentuj wpisy i otrzymuj powiadomienia przez Jabbera w komunikatorze internetowym.

Dołącz do społeczności lepszych alternatyw.



Najnowsze wpisy RSS

Bardzo często słyszę narzekania na długie kolejki do specjalistów. Niestety, mało kto zdaje sobie sprawę, że nie jest to wina lekarzy. Przeglądałam ostatnio kolejki na leczenie protetyczne. Sięgają roku 2016. Nasza pani stomatolog byłaby w stanie robić tych protez więcej, ale po prostu nie może. I tu właśnie pojawiają się tajemnicze punkty. Każda placówka, która ma podpisany kontrakt z NFZ dostaje określony roczny limit punktów na wykonywanie świadczeń (ów pakiet jest potem dzielony na miesiące, żeby było wiadomo, ile lekarz może ich w danym okresie wykorzystać). Czyli np. 2000 punktów na stomatologię, 300 na ginekologię etc. Przy czym punkt punktowi nie jest równy. Taka zwykła wizyta u ginekologa połączona z USG kosztuje 7 punktów, a wypełnianie zęba ok. 20. Protezy są bardzo "drogie", a nie są jedyną formą leczenia w gabinecie, dlatego na pierwszy rzut idą podstawowe świadczenia. I w ten oto sposób tworzy się lista pacjentów oczekujących. Punktów nie można przerzucać pomiędzy gabinetami, bo każdy specjalista to inna umowa. Da się za to zrobić transfer między cytologią, a podstawową ginekologią (ostatnio nawet zdarzyło mi się w tej sprawie wysyłać wniosek). Problem pojawia się, kiedy lekarz wykorzysta w miesiącu więcej punktów, niż mu przyznano. To oznacza, że w kolejnym musi się ograniczyć, czyli np. pójść na urlop.

Kolejki się tworzą i mnożą. Gdzieś ta wina na pewno leży i niekoniecznie po stronie lekarzy.

Kultowy serial o Sherlocku nudził mnie już podczas pierwszego odcinka. Żeby swoją niska ocenę móc poprzeć wiarygodnymi argumentami, obejrzałam dwie serie. Moje zastrzeżenia są bardzo proste:

1. Półtoragodzinny odcinek to już film. Oznacza to, że - tak jak w filmie - będzie się w nim dużo dziać. Zwroty akcji, ciekawe wątki poboczne, fajnie rozwijające się postaci. Nie ma szans. Przez 90 minut nie odstępujemy Sherlocka na krok, a jego podążanie za rozwiązaniem zagadki zaczyna nużyć.

2. W porównaniu z Dr. Housem Sherlock ssie. Oba seriale czerpały z książkowego pierwowzoru o Doyle'a, ale twórcy House'a zmieścili się w 45 minutach. Wtórność brytyjskiego serialu mnie drażniła - ten sam schemat widziałam już we wcześniejszym serialu.

3. Dwie główne postaci w Sherlocku w ogóle się nie rozwijają (wiem, co się stanie w trzeciej serii, ale sorry, nie mam siły). Nic się nie zmienia, cały odcinek koncentruje się na zagadce, która czasem wprawia widza w zakłopotanie - pomylił się on czy twórcy? Żadnych życiowych perypetii.

Dodam tylko, ze poza ostatnim odcinkiem drugiej serii, na każdym z pozostałych przysypiałam. Dlatego nie. Nie zamierzam oglądać trzeciej serii.

[img]Już za kilka dni rozpocznie się polska edycja między- narodowego festiwalu filmowego Stop Trik, jedynego europejskiego festiwalu poświęconego sztuce animacji stop motion. Polskie odsłony tego wydarzenia odbędą się w Niepołomicach (24-26.10) i Bielsku-Białej (7-9.11).

(...)

...in the backseat of your mind?
Do I lie?

(...)

Najwyższy czas na nowy wpis i najwyższy czas na kilka słów o Haskellu. Dzisiejsze słowo na niedzielę będzie traktować o wyjątkach. Materii tej dotyczy prastary spór o to, czy błąd, który wystapił w naszej funkcji, powinniśmy sygnalizować kodem wyjścia z funkcji, czy raczej za pomocą wprowadzonej do większości współczesnych języków programowania konstrukcji wyjątków. Jedno i drugie podejście ma swoje wady i zalety.

(...)

[img]

W przerwie od poważniejszych działań wystrugałem sobie prostą gierkę logiczną. Prostą w sensie prostoty zasad, ale bynajmniej nie poziomu trudności, wręcz przeciwnie [demoniczny śmiech]. Mamy planszę złożoną z różnokolorowych trójkątnych pól; klikając w pole zmieniamy jego kolor w cyklu czerwony-zielony-niebieski (stąd nazwa gry), ale to samo dzieje się z polami sąsiednimi. Cel - doprowadzić do tego, żeby wszystkie pola miały ten sam kolor, obojętnie który.

W gierkę można zagrać tutaj, a po zagraniu proszę o komentarz - wszelkie uwagi, nawet niekonstruktywne, będą dla mnie bardzo cenne.

11 komentarzy

Na tegorocznym festiwalu filmowym w San Sebastián prym wiodły filmy hispanojęzyczne. To niby oczywiste – ze względów geograficznych – ale jednocześnie potwierdzające świetną formę latynoskich kinematografii. Celowo używam liczby mnogiej, gdyż, chociaż Europejczycy przyzwyczaili się postrzegać kino z Ameryki Środkowej i Południowej jako spójny konglomerat, nie jest ono jednolite. A do produkcji z Argentyny, Kolumbii czy Meksyku dochodzą jeszcze filmy hiszpańskie.

(...)

"Deklaracja nieśmiertelności". Dwudziestopięciominutowy dokument Marcina Koszałki, w którym ten przedstawia sylwetkę swojego kolegi wspinacza Piotra Korczaka. Nie chodzi tu jednak o biografię, ale o impresję, której bohaterem jest wspomniany mężczyzna. Wytyczył kilka arcytrudnych ścieżek i zdecydowanie woli robić to niż opowiadać o sobie. Z mojego punktu widzenia postać jest szalenie ciekawa, ale filmowi wartości dodaje przede wszystkim estetyka ujęć, doskonałość kadrów i oszczędność światła. Opowieść jest przemyślana w każdym szczególe i jej wizualna strona robi wrażenie.

"Dziennik z podróży". Zeszłoroczny dokument Piotra Stasika, którego bohaterami są fotograf Tadeusz Rolke oraz jego kilkunastoletni uczeń Michał Gonicki. Wchodzimy bez przygotowania. Dzieje się. Mentor i jego terminator wyposażają samochód w sprzęt fotograficzny i podróżują po wsiach w poszukiwaniu pięknych twarzy. Robią ludziom zdjęcia, wywołują na miejscu i następnego dnia wręczają im w prezencie. Ciekawy pomysł, który, jak sądzę, udało się zrealizować z sukcesem.

Niestety, zdjęcia nie zapadły mi jakoś szczególnie w pamięci, za to pamiętam dobrze więź, jaką mieli ze sobą bohaterowie. Dokument został pozbawiony informacji dotyczących tego, co działo się "obok" filmowanych zdarzeń, dlatego nie jestem pewna, dlaczego to akurat Michał i co się stało z jego ojcem, którego Rolke w dużym stopniu mu zastępuje. Ojcowskich rozmów i rad było tam co najmniej kilka.

Rolke jawi się nam jako starzejący się mężczyzna z dużym poczuciem humoru, trochę już osłabiony, ale dalej flirtujący z kobietami o wyrazistej aparycji (znany kobieciarz ;)). To film dość optymistyczny - bohaterowie sprawiają radość sobie i innym, a Rolke zdaje się kończyć jak prawdziwy mężczyzna.

Zadzwoniła do mnie pielęgniarka.
- Mogłabyś na chwilę zejść na dół? U pani Doktor B. nie działa myszka.
Dziarskim krokiem ruszyłam do gabinetu, by uratować sytuację. A myszka była bezprzewodowa. Wymiana baterii nie pomogła, więc zaproponowałam pożyczenie mojej przewodowej działającej myszki na czas, kiedy będę sprawdzać tę doktorową. Tak więc wróciłam do mego królestwa, odpięłam urządzenie i je zaniosłam. W tym momencie teoretycznie rozwiązał się problem, ponieważ obejrzałam dokładnie cały komputer i nigdzie nie znalazłam transmitera. Gwoli wyjaśnienia, pani Doktor B. była przez ostatnie 2 dni na urlopie, więc zastępował ją inny lekarz, do którego oczywiście zadzwoniłam, ale on kosteczki nie widział, nie wyciągał i w ogóle rękami i nogami się zapierał, że jej nie zgubił. Cóż, padła decyzja o zakupie nowej myszki. Dzisiaj przyszłam do pracy i coś mnie podkusiło, żeby obejrzeć doktorowy monitor. Jest! Znalazł się! Jak się znalazł, tak nagle magicznie myszka zaczęła działać (a może to przez przełożenie go do USB w komputerze?). No cóż, cuda się zdarzają. Fanfary i stawianie pomnika dozwolone po godzinach pracy.

Historia z nieco innej beczki, ale również przezabawna. Posiadamy na swoich komputerach program o uroczej nazwie mMedica. Proces włączania owego programu wygląda następująco: klikamy ikonkę i wyświetla nam się okienko, w którym są 3 pola do wpisania. Pierwsze pole to identyfikator przybytku zwanego przychodnią, drugie - login (zawsze pojawia się login osoby, która się ostatnio logowała), trzecie - hasło. To tyle tytułem wstępu. Przyszła do mnie pewnego dnia pielęgniarka (Wysoka).
- Wczoraj próbowałam się zalogować na moje konto w mM i nie mogłam.
- Dlaczego? - pytam zaciekawiona.
- Wpisywałam hasło, a ono nie wchodziło. I potem dopiero spojrzałam, że tam jest wpisane B****!
(o zgrozo! Pani (...)

Just a quick one I've learnt today. "Normal" heredoc:

VAR=<<HEREDOC
something something
with ${variable}
HEREDOC

Heredoc with pipe to another command:

cat <<HEREDOC | command
something something
with ${variable}
HEREDOC

Heredoc appended to file:

cat <<HEREDOC >> file
something something 
with ${variable}
HEREDOC

And this is fine too:

cat <<HEREDOC |
something something
with ${variable}
HEREDOC
command

Though I think it's less readable this way.

Podczas zażartej kłótni w Internecie nigdy nie atakuj oponenta za jego błędy gramatyczne i ortograficzne. Może być tak, że jego klasa jeszcze danego zagadnienia nie przerabiała.

* * *

Kiedy pada ci Internet, możesz pogrążyć się w swoich myślach i przemyśleć... A nie, już działa.

* * *

Rok 2040. Greenpeace wystąpił przeciwko żywności GMO. Żywność GMO odpowiedziała krzyżowym ogniem i wezwała wsparcie lotnicze.

Znalazłem manual do Trabanta (Standard/S/de Luxe, Limuzyna i Universal) z ok. 1980r., opracowany przez kolektyw pracowników Oddziału Obsługi Klientów zakładu wytwórczego. Książka została wydrukowana na dobrym papierze, zawiera 97 ładnych ilustracji, i ogólnie robi bardzo dobre wrażenie nawet jak na dzisiejsze czasy. Kilka fragmentów z pierwszych stron, żebyście wiedzieli o czym mówię:

Drogi użytkowniku Trabanta!

W Twym własnym interesie leży dokładne przeczytanie niniejszej książki.
Twój nowy samochód o zobowiązującej nazwie ma być Twym wiernym towarzyszem. Lecz wierności tej Trabant dotrzymać może tylko wtedy, gdy będzie miał zapewnioną niezbędną obsługę i konserwację.

Opis ogólny

(...)

Ostatnio zauważyłem kubek z kermitem w sieci sklepów NETTO. Oryginalny, licencjonowany przez korporację Disney. Postanowiłem w głowie, że jeśli będzie kosztował do 10 złotych to go kupię. Mignęło mi przed oczami, że kosztuje 5,99 ale na wszelki wypadek poszedłem sprawdzić cenę na sprawdzaczu cen. Okazało się że kosztował 12,99. 5,99 kosztował natomiast kubek pod nim, nie z muppetem ale z kotem.

W tym samym dniu wracając ulicą zobaczyłem na ziemi dziecięcą maskotkę-kermita (nawiasem mówiąc strasznie wierna replika) i niestety - nikogo komu mógłbym go oddać. Myślałem że wypadł jakiemuś dziecku z wózka, ale w zasięgu wzroku nikogo takiego nie widziałem. Uspokoiwszy sumienie, wziąłem go sobie.

Jakby tego było mało, dwa dni później odwiedziłem lumpeks, celem nabycia dużej ilości tanich jeansowych spodni, które chciałem rozpruć, a pozyskanym z nich materiałem obić sobie ścianę, coby ukryć jej brzydotę. Starałem dobierać się je w podobnym kolorze, kiedy niespodziewanie spomiędzy regałów ukazał mi się kostium kermita-żaby. Jednoczęściowy, taki wchodzono-piżamowy, gdzie koszula jest jednym kawałkiem ze spodniami. Natychmiast pobiegłem z nim do przymierzalni. Niestety, był troszeczkę za mały. Dredy nie mieściły mi się w kaptur.

Te wszystkie wydarzenia, przywołały we mnie pewne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa.

(...)

Nie ogarniam. Jedzenie naprawdę dobre [o ile nie naprawdę bardzo dobre] - i nic poza tym. Definitywnie nic. W erze globalizacji wydawało mi się to za mało, ale widać nie pierwszy raz się myliłem.

Poszedłem do nich drugi raz, jakieś półtora - dwa lata temu wyszedłem stamtąd z uczuciem głębokiego nomen omen niesmaku; zjadłem za dużo, zupełnie nieadekwatnie, pogubiłem się w menu, a z obsługą, jakkolwiek OIDP uprzejmą, w ogóle nie szło się dogadać. Ale przecież miliony much... itd. Postanowiłem dać im drugą szansę.

Menu. Nosz kurde. Jakim cudem było nie było fastfood może robić atut z pierdyliona opcji w menu? Dla niedoświadczonego - koszmar; próba zamówienia czegokolwiek zakończyła się ponurym pastiszem rozmowy kwalifikacyjnej po znajomości, gdzie obie strony znają rezultat, ale rozmowa musi się odbyć. - Jaką kanapkę pan sobie życzy? - Z tuńczykiem. - Połówkę czy całą? - A 11 zyli to kosztuje cała czy połówka? -Połówka. - To poproszę połówkę. - A z jaką bułką? - A jakie macie? - Takie, o. - Aha, to z tą. - Podgrzewaną czy nie? - Podgrzewaną prosz. - A jakie dodatki? - A jakie można? - Takie, jak tu są. - Aha. A ile można wziąć? - Ile się chce. - To prosz ten, ten i ten. - Oczywiście. A sosik jaki? - A jakie są? - Dwa takie i dwa takie. - Czosnkowy. - A do picia? - Kawę. - A jaką kawę? - Białą. - A to wszystko to na wynos? I tym momencie odruchem odbezpieczyłem swojego Walthera PPK, ale po chwili zrobiło mi się głupio. Moi przodkowie bili bolszewię pod Radzyminem, ja przeczytałem ustawę o ubezpieczeniach społecznych, to i zamówienia w Subwayu się nie ulęknę.

OK. Część z tych pytań wchodzi w zakres normalnego zamówienia. Ale na mój gust to jest fastfood. FAST! Zero [przynajmniej nie zauważyłem] gotowych zestawów - ale takich NAPRAWDĘ gotowych. W materiałach reklamowych szczycą się IIRC parunastoma (...)

Temat eboli budzi grozę. Tym bardziej, że media wciąż straszą tym paskudztwem. Wystarczy spojrzeć na nagłówki artykułów w stylu: "Czy grozi nam epidemia?!" itp. Człowiek automatycznie zaczyna się bać, rzadko czyta cały artykuł, gdzie zazwyczaj podkreśla się, że nie mamy się czego obawiać.

Zadzwonił ostatnio pan z firmy H*****. Postraszył wirusem, po czym zaoferował zestawy przeciwebolowe, które "każda przychodnia musi mieć, bo inaczej sanepid się przyczepi". Kontrolę z instytucji potocznie zwanej sanepidem mieliśmy dzień wcześniej i nikt o owe zestawy nie pytał, więc podziękowałam panu grzecznie tłumacząc, że muszę o tym porozmawiać z Szefem. Okazuje się, że panika jest bardzo dochodowym źródłem. Była ptasia grypa, była świńska grypa, teraz przyszła ebola, a za rok czy dwa pojawi się inne choróbsko, którym będą nas straszyć.

Kiedy Panna była jeszcze zupełnie mała, miałam możliwość zaszczepić ją przeciwko rotawirusom, jednak po konsultacji z lekarzem nie zrobiłam tego. Okazuje się, że zaszczepienie dziecka wcale nie uchroni przed każdym rotawirusem (a jest ich całkiem sporo).Kiedy zachorowała, podawałam jej płyny i lekkie posiłki. Hospitalizacja nie była wymagana. Starałam się nie dopuścić do odwodnienia, a organizm sam zwalczył to świństwo. W przypadku szczepionek przeciwgrypowych jest podobnie. Zaszczepienie się wcale nie oznacza, że grypa nas ominie, bo różne jej mutacje krążą po ludziach.

Nie twierdzę, że szczepienia są złe. Po prostu do wszystkiego trzeba podchodzić z odrobiną rozsądku.


Przeglądaj strony: