Jogger.pl


Jogger pozwala Ci prowadzić dziennik internetowy. Bloguj, komentuj wpisy i otrzymuj powiadomienia przez Jabbera w komunikatorze internetowym.

Dołącz do społeczności lepszych alternatyw.



Najnowsze wpisy RSS

A jeśli ktoś ma podzielną uwagę, może poczytać o majsterkowaniu PO przy Trybunale Konstytucyjnym. Pamiętajcie o tym. Na wszelki wypadek.

Od dziecka przygarniałam różne bezpańskie zwierzęta. Część z nich dożywała u mnie starości, reszta zyskiwała nowy dom. Nie raz tata straszył mnie i moje sieroty eksmisją. Ciąża dużo zmieniła, bo nie chciałam już brać na głowę dodatkowej odpowiedzialności. W zeszłym tygodniu nagięłam jednak własne zasady, by niczego nie przygarniać... Otóż znalazłam pisklę wróbla. Miało zamknięte oczy i ledwo się ruszało, parę piórek na skrzydłach, parę na ogonie. Brzydkie jak noc listopadowa. Myślałam, że jest martwe, bo leżało na betonie i prawie niezauważalnie reagowało na dotyk. Dopiero, kiedy położyłam je na dłoni i na nie pochuchałam, chyba pod wpływem ciepła zaczęło szybciej oddychać. Zabrałam je do domu, poczytałam w internecie, co z tym zrobić, zbudowałam prowizoryczny inkubator z kartonu, lampki biurkowej, szmatek i papieru. Dałam mu pić i nakarmiłam przygotowaną wcześniej mieszanką nabiałową. Wcale się nie nastawiałam, że przeżyje. Kiedyś przygarnęłam pisklę drozda śpiewaka. Żyło 2 tygodnie. Fakt, miałam wtedy 12 lat i za bardzo nie wiedziałam, jak się czymś takim opiekować. Ponadto nie mieliśmy internetu, więc tym bardziej nie miałam pojęcia czym to karmić. Tym razem mając wsparcie w postaci for i artykułów zapewniłam mu warunki najlepsze jak na moje ograniczone możliwości. Po 24 godzinach dostał imię Franek. Chociaż czytając fora dowiedziałam się, że wróbla najciężej odchować, bo można mu dawać wszystko według "instrukcji", a on i tak zdechnie w ciągu ~49 godzin.

Przez te kilka dni obserwowałam, jak otwierają mu się oczy, dorastają nowe pióra, zaczyna po swojemu wołać o jedzenie. W piątek pojechałam do Dużego Miasta w celu edukowania się, więc obowiązek opieki nad Frankiem przejął mój brat. Kiedy wczoraj wróciłam i zajrzałam do inkubatora, po prostu zaniemówiłam. Franciszek jest już cały opierzony, z głodu drze się jak (...)

Historia zaczęła się całkiem zwyczajnie. Spokojny weekend w domu, wyspałem się wreszcie, a za oknem względnie ładna pogoda. Promienie słoneczne starają się przebić przez dziury w chmurach a ja, jak na prawdziwego nerda przystało, opalam się promieniowaniem monitora. Nagle przychodzi mama i mówi mi, że na półce pod grillem siedzi jakiś mały ptak.

Istotnie, na jednej z desek siedziało sobie takie małe niemrawe puchato-piórzaste coś. No i zaczęło się myślenie kim jest ten nasz niespodziewany gość oraz co z nim zrobić. Wypadł z gniazda? Raczej nie, bo wygląda całkiem ok. Rodzice nadal się nim opiekują? Nie wiadomo. Ruszać go? Chyba nie, bo nie wiadomo, co z rodzicami. Żeby ich nie spłoszyć a malca nie stresować, wybrałem strategię dyskretnego doglądania co jakiś czas. Będąc w domu, zarządzałem wirtualnym Kucykowem w Sim City i doszkalałem się z ornitologii, męcząc Googla pytaniami.

[img]

Okazało się, że nasz gość to podlot czyli ptak, który nie jest już pisklakiem i opuścił gniazdo, ale nie umie jeszcze latać na dalekie odległości, a rodzice karmią do z doskoku (czy tam dolotu). Diagnoza chyba była trafiona bo niemrawe coś okazało się mniej niemrawe niż myślałem, samo zmieniło deseczkę pomiędzy jedną wizytą a drugą. Ponadto, regularnym ćwierknięciem, przypominało o swoim istnieniu oraz ułatwiało ptasiej mamie i tacie lokalizację progenitury. Wywiązała się nawet między nami mała rozmowa.

-Dasz sobie radę?
-Ćwir.
-Ok, to dobrze.

Podczas kolejnej wizyty, musiałem go lokalizować już tylko na podstawie fonii, bo przemieścił się jeszcze dalej, a za kolejne 15 minut, nieźle imprezował na kwadracie. Głównym problemem zaczęło być umiejscowienie ptasich harców blisko oczka wodnego... W tym miejscu, proszę wrażliwszych czytających o zamknięcie oczu. Ze swojej prywatnej pary, już malca (...)

Dziś zaprezentuję kawałek kodu, który może się przydać w pracy z aplikacjami wielowątkowymi w Pythonie. Jest to klasa Lockable. Zapewnia ona interfejs pozwalający – w skrócie – blokować dostęp do obiektów na czas ich odczytu lub modyfikacji. To prawda, że tę samą funkcję pełnią dostępne w standardowym module threading blokady i semafory. Wydaje mi się jednak, że mój produkt ma nad nimi kilka drobnych przewag.

Po pierwsze Lockable jest klasą przeznaczoną do dziedziczenia. Mamy klasę obiektów, które wymagać będą blokowania? Świetnie! Dopisujemy Lockable na liście klas bazowych i już możemy cieszyć się prostym, intuicyjnym interfejsem. W ten sposób kontrola dostępu jest zintegrowana z samym obiektem. Ponadto klasa ta nie używa żadnych innych modułów (poza time), więc można jej swobodnie uzyć z dowolną biblioteką wspomagającą programowanie wielowątkowe. Po trzecie wreszcie blokada założona trzez Lockable ma charakter absolutny: obiekt sam blokuje dostęp do siebie wszystkim bez wyjątku. Inaczej niż Lock z modułu threading, do którego trzeba się zgłosić po dostęp (i wówczas wątek zostanie zablokowany do czasu, gdy ten dopstęp uzyska), a można po prostu dobrać się do obiektu bez pytania i przez pomyłkę narobić szkód.

Jak to działa? Bardzo prosto. Każda klasa dziedzicząca po Lockable otrzymuje dwie publiczne metody: lock(), unlock() oraz atrybut is_locked. Pierwsza spośród nich zakłada blokadę. Od chwili jej wywołania, aż do wywołania funkcji unlock(), normalny dostęp do obiektu nie jest możliwy. Każdy wątek, który spróbuje pobrać wartość dowolnego atrybutu, zostaje wstrzymany do czasu odblokowania obiektu, niezależnie od tego, czy próbuje go dla siebie zablokować, czy tylko wywołać jakąś metodę. Metoda lock() zwraca specjalny obiekt-proksję, który umożliwia wątkowi, który blokadę założył pełen dostęp do obiektu. Wszelkie akcje, które (...)

[img]
(fotka © by Olaf Becker)

Kolejny rok blogowania minął, o dziwo, jakby wolniej od poprzedniego, choć czas mi się bynajmniej nie dłużył. Zastanawiające.

Statystycznie znowu pod kreską - 57 wpisów i 352 komentarze (6,18 na wpis) to tylko nieznacznie więcej od zeszłorocznego antyrekordu, a nadal sporo poniżej wcześniejszego standardu. Ilość przeszła w jakość, chciałoby się powiedzieć, ale podstaw do takiego stwierdzenia niewiele. Niby zdarzyło się parę udanych notek, ale to nadal tylko odosobnione przypadki - ciągle jak nie lenistwo to brak czasu, jak nie brak czasu to brak weny... Ciągle też sobie obiecuję, że w kolejnym roku bardziej się postaram, by wreszcie rzucić świat na kolana - i ciągle tyle z tego wychodzi, co z obietnic kandydatów na prezydenta.

Ale kiedyś musi się udać - i tego się trzymajmy.

(...)

Normy dla policji. I nawet odnośników w PDF nie umią [bo o tym, że nie umieją, nawet pisać mi się nie chce...] zrobić.

Jeśli Platforma Obywatelska w takim tempie będzie modernizowała TenKraj, to jesienią zagłosują na nich już chyba tylko Cichy i Daromar...

7 komentarzy

Interesowanie się polityką przypomina trochę nastawienie do komputerów.

Obydwoma zagadnieniami można interesować się z grubsza trójstopniowo: jako profesjonalista, użytkownik albo na zasadzie całkowitego odcięcia. O ile w przypadku komputerów ten podział w zasadzie jest klarowny, o tyle w nastawieniu do polityki drugie i trzecie podejście łączą się, skutkiem czego nastawienie do polityki bywa na ogół binarne - i to jest imo główny problem, i z tego bierze się ledwo 50% głosujących [choć legitymizacja etyczna tego czy owego "elektora" to zupełnie inna sprawa... czy wyłazi ze mnie demokrata, kochany pamiętniczku?...]

Jakimś sposobem na, za przeproszeniem, demokratyzację społeczeństwa mogłoby być uświadomienie ludziom "drugiej drogi" właśnie. Nie: "nie mam czasu ani ochoty na politykę ani na codzienne śledzenie tego bajzlu", ale "znajdę moment na zapoznanie się z programem, krańcowy uzysk będzie znaczny". Na przykrojenie swojego widzenia polityki do własnych potrzeb i chęci na podobnej zasadzie, jak użytkownik fejsika nie musi być programistą. Relatywnie największy efekt relatywnie niskim kosztem. Możesz grać i tworzyć na kompie, nie mając pojęcia o 0dayach czy nieścisłościach w dokumentacji - podobnie, jak możesz brać z grubsza świadomy udział w polityce, nie angażując w to połowy swojego czasu i 3/4 nerwów.

"To będzie taki mały serwerek na niewielkie projekciki" mówili lat temu dwa albo trzy. Dzisiaj: helpunku, ratuj, out of space, a project manager bez tego żyć nie może. Na szczęśćie LVM pozwolił przesunąć gigabajty ze swapa do /. Uff - teraz idę ustalać co tam żre i dlaczego tak dużo.

Dziś trochę inaczej. Bez ukrytych znaczeń, zakodowanych informacji. No dobra, poza tytułem, nie mogłem się powstrzymać.

Lubię matematykę. Jest prosta. Mamy aksjomaty, na nich budowane twierdzenia i cała reszta, która zakwita niesamowitym światem - fraktale, geometria różniczkowa, teoria mnogości, topologia, czy wreszcie teoria chaosu. Tyle matematycznej menażerii z prostych aksjomatów. Pamiętacie „chemiczne ogrody" hodowane z kryształów różnych soli w roztworze tiosiarczanu sodu? Coś takiego, tylko bardziej.

A tu nagle pojawia się świat. Pojawiają się emocje. I ktoś taki jak ja jest zgubiony. Tu nie ma aksjomatów. Jest tylko zupa hipotez.

I jedna z owych hipotez od niedawna kiełkuje, formuje mi się w głowie. Obecnie jest to coś w rodzaju: „nie karz ludzi za ich emocje". Może to nawet nie hipoteza, raczej listek gałęzi drzewa rozumowania zakorzenionego w kryptohipotezach. I te kryptohipotezy spróbuję tu odkopać, przynajmniej część z nich.

Świadomość własnych emocji jest trudna. Można żyć bez niej, wiele osób chyba tak potrafi. Kontrola emocji jest piekielnie trudna. I o ile świadomość jest jak najbardziej pożądana, to absolutna kontrola kojarzy mi się z psychopatią. Jeśli w ogóle jest możliwa. I jak zakładając coś takiego trudno mieć pretensje do kogoś, że jest na nas zły/zdenerwowany/smutny. Nikt nie wie, jak bardzo boli drugą osobę, nikt nie żył jej życiem.

I w tym momencie myśli zaczynają mi się mnożyć, znów tonę w ekstrapolacjach. Macie tyle ile się udało wyciągnąć, zrobicie z tym co zechcecie.

W ramach czkawki życia pozagrobowego i pozajoggerowego. Zdarzyło się, że spotkałem pewnych ludzi, których kojarzyłem wcześniej z joggera. Przypadek. Rozmowa się toczy, ktoś tam wspomina, że spośród ludzi z joggera zdarzyło mu się spotkać n3m0. Ja pytam: czy on gdzieś z Krakowa nie jest przypadkiem? No nie, skądinąd.

Pomyliłem n3m0 z torero.

Kurtyna.

6 komentarzy

Michael Jackson, papież piwowarstwa, powiedział w 1984 roku – „gdybym miał pić piwo na śniadanie, byłby to Palm”. Pewnie chodziło mu o to, że piwo z rana, wchodzi jak śmietana. Czy jakoś tak... Tylko czemu wypiłem je o zachodzie słońca? Dobre pytanie!

[img]

Wniosek: Jest, było i nie ma.

W sobotę był w Gliwicach SpaceCon. Z racji hopla Krzysia na punkcie Star Wars i zapowiadającej się ciekawej atrakcji postanowiliśmy się na to wybrać. Wcześniej ze 3 wieczory spędziłam przy maszynie do szycia aby dać drugie życie starej narzucie i przerobić je na płaszcz Obi Wana. Płaszcz wyszedł świetnie a Krzyś był zachwycony pomysłem.

Pojawiliśmy się na samym początku bo była zapowiedziana "Akademia Jedi" dla najmłodszych. Niestety organizacja mocno kulała i przesunęło się to na dużo później ale Krzyś i tak się bawił świetnie. Najpierw w swoim płaszczu i ze swoim urokiem wzbudzał zachwyt i robił za maskotkę. Ludzie pstrykali mu focie a duzi przebierańcy pozwalali bawić się "prawdziwymi" mieczami świetlnymi ;-)

[img]

Pooglądał wystawy, załapał się na profesjonalne zdjęcia w studio (nie wiem na razie kiedy będą) i poszedł w paradzie po mieście. Szedł dzielnie ze wszystkimi. Po powrocie był konkurs na najlepsze przebranie ale niestety przebierańców było już więcej więc sam płaszcz to było za mało. Potem nareszcie ruszyła Akademia Jedi.

[img]

Dzieciaki dostały do ręki świetlne miecze treningowe i uczono ich jak mają walczyć. Krzyś był w swoim żywiole. Chyba jeszcze nie widziałam żeby to dziecko z taką pasją brało udział w jakichkolwiek zajęciach. Na samym końcu szkolenia była niespodzianka. Każdy z małych Jedi musiał powalczyć z Vaderem! Dali radę ;-)

[img] filmik.

Potem było rozdanie dyplomów. Mam więc teraz w domu (...)

Słuchając jednym uchem wrażeń powyborczych usłyszałem kilka wypowiedzi członków "przegranej" partii. Oto wzorowany na tym krótki instruktaż.

Windykalizm:

Teraz będziemy szukać winnych [parafraza]

Dosrywanie:

Przynajmniej my nie twierdzimy że wybory zostały sfałszowane.

Suma summarum:

[img]

(Od dawna chciałem użyć tego obrazka ;) )

[NB.: Że dzisiaj przysrywam PO nie znaczy że jestem zakochany w PiS. Im się dostanie innego dnia.]

Madmax

wiedzaokulturze 7 dni temu

Madmax podoba się absolutnie wszystkim. Większość wie, że Miller nakręcił po blisko czterdziestu latach drugi raz ten sam film - rocznik 1979 zdaje się już trochę przebrzmiały, ale kultowy. Ja pierwowzoru nie widziałam, dlatego pierwszą część filmu spędziłam na bezrozumnym patrzeniu na uciekający konwój i pojazdy doskonale przygotowane do każdego typu walki.

Z czasem okazało się, że ucieka cesarzowa Furiosa, pchana nadzieją odnalezienia Zielonej Oazy - tam przyszła na świat, w krainie mlekiem i miodem płynącej. Cytadelę - jej dotychczasowe miejsce zamieszkania określają smród, brud, brak wody i podległość wobec samozwańca, który wodą dysponuje (Hunger Games - łącznie z ekscentrycznością władzy). Wojowniczka zabiera ze sobą nieskalanie jasne nałożnice władcy. Są piękne, słabe, traktowane przedmiotowo... i niezbędne do przenoszenia życia. Furiosa jest feministką, one nie. Towarzyszy im Max (przybył z poprzedniego filmu ;)). Wiadomo o nim niewiele - kiedy odchodzi, nie wiemy dokąd, ale zdaje się sympatyczny.

Furiosa to krótko ścięta bestia. Tylko ją można tu jako tako zrozumieć. Jest piękna.

To film o rewolucji. Kiedy wybór zawęża się do długiego, ale niejakiego życia równoważonego przez jeden dzień, w czasie którego można zgarnąć wszystko, decyzja może być tylko jedna.

Pościgi są dwa. Jeden trwa pierwszą połowę filmu, drugi od połowy do końca. Przy dźwięku oszalałej gitary elektrycznej. Ja to bym chciała czegoś więcej...


Przeglądaj strony: